Wolnym krokiem skierowałam się w stronę domku mając ciągle cichą nadzieję, że nie będę musiała z nikim go dzielić. Na moje szczęście nie spotkałam tutaj jeszcze Biebera. Kto wie co by się stało. Może bym go pobiła. Ugh. Jak ja nie lubiłam tego rozpieszczonego do szpiku kości dzieciaka. Wnerwiał mnie dosłownie wszystkim. Swoim "swag", kasą, suprami (które ja też nosiłam, ale pomińmy ten fakt). Po prostu wszystkim. Odkluczyłam drzwi, po czym wchodząc do środka rzuciłam bagaż na łóżk...Chwila, chwila. Tu były dwa łóżka! Że co proszę?! Dw...Dw...Dw...Dwa łóżka?! Jakim cudem?! W ogóle, czy ja nie pomyliłam domków?! Przecież miałam mieszkać sama. ( Oczywiście to była tylko moja wersja) Wychodziłam chyba ze sto razy na zewnątrz, aby sprawdzić numer, jednak cały czas był prawidłowy. Ze zrezygnowaniem weszłam do domu i próbując wszystko ogarnąć wyjęłam z walizki ubrania układając je następnie na półkach. Chcąc nie chcąc robiło się już późno, dlatego podejrzewałam iż wszystkie zajęcia zaczynają się dopiero od jutra. Aby się upewnić wyjęłam plan zajęć i szczegółowo go przeczytałam. Wychodziło na to, iż cały dzisiejszy wieczór mam wolny. Alelluja. W końcu chwila odpoczynku od tych wszystkich debili. Nie mam pojęcia jak sobie poradzę te dwa miesiące. To będzie istny koszmar. Cóż...przynajmniej był tutaj balkon, a wystrój nie należał do najgorszych. Otworzyłam okno, aby trochę przewietrzyć pomieszczenie i od razu tego pożałowałam. Gdzieś z oddali było słychać jedną z piosenek Shakiry. Waka Waka. Kolejna osoba której nie lubię i please, nie pytajcie dlaczego. Kiedy słowa piosenki były coraz wyraźniejsze skapnęłam się, że ktoś cholernie chce mi zrobić nazłość.
Tsamina mina eh eh
Waka waka eh eh
-...Zróbmy sobie dzieciaka, yo yo. -Usłyszałam za sobą czyjś głos i raptownie się odwróciłam.
-Co ty powiedziałeś?!
-Eee. Waka, waka eh eh?
-Wiesz, ze nie o to mi chodziło! -Krzyknęłam w stronę Beadlesa ale ten jedynie wzruszył ramionami i z zacieszem na twarzy rzucił się na jedno z łóżek.
-Zginiesz w piekle. Poza tym to jest moje łóżko, więc WYYYPAD!!! -Krzyknęłam prawie wypluwając płuca a Chris nawet nie drgnął. W pewnym momencie wybiegł jak poparzony i wrócił za chwilę trzymając w dłoni swoją walizkę.
-Witaj współlokatorko! -Wykrzyknął uradowany na co ja zakrztusiłam się powietrzem nie mogąc uwierzyć w to co słyszę. Że niby ja miałam mieszkać z nim pod jednym dachem dwa miesiące?! Ahahaha. Proszę powiedzcie, że to jakiś żart.
-Ok...Nie mogłeś znaleźć swojego domku, więc postanowiłeś przyjść do mnie?- Powiedziałam najspokojniej jak potrafiłam, jednak w odpowiedzi chłopak pokręcił głową.
-Christian!!! Czy ty się uderzyłeś w głowę, jak cię w tedy popchnęłam?
-Nie...Ale przyznam, że trochę bolało.
-Ahaha. Ty na pewno się uderzyłeś, bo takich głupot sam z siebie byś nie gadał...to znaczy gadałbyś bo i bez tego jesteś głupi, ale ja i ty w jednym domku?! Czy ty sobie w ogóle to wyobrażasz?! -Krzyknęłam w jego stronę, na co ten jedynie spojrzał na mnie z miną zbitego psa.
-Ugh. No dobra. Ale jeżeli wejdziesz na moje łóżko, to cię wypierdolę za drzwi i będziesz spał na wycieraczce o ile ją mamy.
-Niom.- Przytaknął żując bezczelnie swoją gumę, po czym dodał: -A tak poza tym, to za jakieś półgodziny jest zbiórka. No wiesz takie tam organizacyjne rzeczy.
Równo o wyznaczonej godzinie udaliśmy się z Chrisem na zbiórkę. Szczerze mówiąc kilka razy pomyliliśmy drogę, ale tak to już jest kiedy chłopak i to w dodatku tak głupi jak on, wie sto razy lepiej ode mnie, gdzie co się znajduje. Oczywiście jak zwykle trochę się spóźniliśmy. A mówiąc "trochę" mam na myśli, iż organizatorzy obozu skończyli już swoje przemówienie i została jeszcze do omówienia kwestia zajęć. Niechętnie stanęłam na końcu grupy obozowiczów a mój wzrok od razu napotkał idącego w naszą stronę Biebera z jakąś laską u boku. Szczerze mówić już na sam ich widok razem miałam odruch wymiotny.
-Jones...-Chłopak wysyczał przez zęby i spojrzał na mnie niczym morderca.
-Uu. Bieber. Ciebie też miło widzieć, ale nie wiedziałam, że gustujesz w pustakach. -Rzuciłam z chytrym uśmieszkiem, po czym zarzucając włosy do tyłu, zamrugałam oczyma i robiąc dzióbek, podałam dłoń dziewczynie wtulonej w Justina.
-Hej, bejbi. Amanda jestem. Fan namber łan Justina Biebera i osobista sekretarka Chirstiana. C'nie? -Powiedziałam najsłodziej jak potrafiłam, aby zniżyć się do poziomu nowej koleżanki.
-Ee? Ty jesteś...jakaś głupia, czy niedorozwinięta? Hm? -Odezwała się blondynka na co ja jedynie się zaśmiałam.
-Uu, A ty bejbe? Bo coś mi się zdaje, że elokwencją w życiu mnie nie pokonasz?
-Elo...czym?
-No elo, elo! Spadam. Nudy tutaj. -Rzuciłam po chwili po czym wróciłam do Chrisa, który cały czas suszył zęby z mojej wypowiedzi.
-Grabisz sobie, Jones. -Usłyszałam po chwili, po czym odwróciwszy się, po raz kolejny spotkałam pana gwiazdkę.
-Ty sobie też. Poza tym...ze mną się nie zadziera.
-Uu Amanda. Ostra sztuka z Ciebie. Tej nowej lasce Biebera pójdzie w pięty.
-Lepiej, żeby jej w mordę poszło, to może przynajmniej tapeta by jej z twarzy spadła.
Po niecałych dwóch godzinach byliśmy z powrotem w domku. Cóż...obiecałam sobie, ze ostatni raz idę z tym kimś. Ciągłe pytania "Daleko jeszcze" "Ej...która godzina" doprowadzały mnie do szału. Co gorsza musieliśmy wracać w deszcz, bo zbierało się na burzę. Kiedy już weszliśmy do domu od razu rzuciłam się na łóżko. Byłam cholernie zmęczona i zapewne zasnęłabym gdyby nie Christian.
-Ejj. Amanda, bo jest problem.
-Co kurwa znowu?! -Wydarłam się na całe pomieszczenie i przewróciłam teatralnie oczyma widząc Chrisa tempo wpatrującego się w okno.
-Ja się boję burzy...-Powiedział prawie szeptem i gdyby nie to, że gdy zabłysnęło schował się pod koc w ogóle bym mu nie uwierzyła.
-Co?! Ahaha. Ty słyszysz to co mówisz?! Masz prawie 17 lat i boisz się burzy?
-Moja wina? Zawsze jak była burza słuchałem muzyki i wgl...
-To teraz też posłuchaj, problem. -Powiedziałam z oburzeniem i zakryłam się bardziej kocem.
-Bieber zajebał mi słuchawki...-Rzucił krótko i wzruszywszy ramionami dalej tempo wpatrywał się w okno.
Od autorki: Cześć ;) Przepraszam, ze tak krótko, ale już naprawdę nie miałam siły więcej napisać.
Cieszę się, że jakoś przyjęliście to opowiadanie. Hehe. Kocham Was ♥
czwartek, 6 czerwca 2013
wtorek, 4 czerwca 2013
Prolog . Dajcie mi czołg
Światowa gwiazda muzyki pop- Justin Bieber podejmuje wyzwanie rzucone mu w jednym z wywiadów przez Oprah. Młody Kanadyjczyk opuszcza chwilowo swoich fanów, aby przez okres wakacji żyć jak normalny nastolatek. Razem ze swoimi przyjaciółmi spędzi ponad dwa miesiące w Californii gdzie organizowany jest obóz młodzieżowy. Jesteśmy ciekawi czy Bieber podoła wyzwaniu i nie zawiedzie swoich fanów. - Przeczytałam z lekkim grymasem na twarzy, po czym wyjrzałam przez okno od razu na posesję Beadlesów. To miał być żart? Ja i Bieber na wspólnych wakacjach? Odwieczni wrogowie? Przecież my się tam pozabijamy nie wspominając już o tym, że będzie tam cała nasza paczka i w dodatku obce dzieciaki, których rodzice pozbyli się na dwa miesiące. Przewróciłam teatralnie oczyma, po czym pewnym krokiem ruszyłam w stronę pokoju, gdzie moja mama pomagała mi spakować wszystkie potrzebne rzeczy. -Jesteś pewna, że niczego więcej nie potrzebujesz?
-Ymm. Nie. Przydałby się jeszcze czołg, aby wyprostować buźkę Bieberowi.-Rzuciłam z chytrym uśmieszkiem na co moja mama jedynie wzruszyła ramionami i dopinając walizkę zniosła ją na dół.
-Siemasz Jones. Jak tam upojna nocka z ubraniami? -Usłyszałam za swoimi plecami przytłumiony głos Beadles'a na co raptownie się odwróciłam wytrącając mu tym samym paczkę żelek z dłoni.
-Łosz ty....niegrzeczna jesteś. Lubię takie. A teraz zapierdalaj do Biedry po żelki. Kuźwa no. 2,50 poszło się je...
-Ej, ty, ty synek. Licz się ze słowami, bo nie ręczę za siebie. -Powiedziałam z irytacją, po czym podałam kierowcy swoją walizkę i bez słowa weszłam do autokaru. Już po chwili, poczułam jak ktoś siada obok mnie. No tak. Mogłam się spodziewać. Beadles. Czy on kiedyś daje za wygraną?
-Daj żelka.-Powiedziałam z miną zbitego psa, patrząc na paczkę nowych żelków, które jak podejrzewam dopiero kupił.
-Uderzyłaś się w coś? -Spytał, i popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- Masz nowe żelki to weź się kurde podziel, albo wypad na sam przód z debilami z podstawówki.
-Kto ci powiedział że są nowe?
- Skoro tamte ci wywaliłam, a masz teraz drugie, to chyba logiczne że...-Nie dokończyłam mówić bo Christian zaczął się przeraźliwie śmiać stawiając tym samym na nogi cały autobus.
-Ej laska, wyluzuj. Spadły na trawę, wiec podniosłem, podmuchałem i uznałem że są dobre c'nie? -Powiedział dumny z siebie, po czym poruszył zabawnie brwiami i zarzucił swoją grzywką.
-Ty weź może zostań w domu, bo ci coś te brwi dziwnie latają.-Rzuciłam z udawaną powagą, po czym odwróciłam się w stronę okna zastanawiając się, dlaczego nie ma z nami pana gwiazdki.
-Ej, Beadles...gdzie jest Bieber?
-Po nazwisku to po pysku Jones.- Rzucił wpatrując się w wyświetlacz telefonu, po czym jedynie wzruszył ramionami. Tego było już za wiele. Uderzyłam go w policzek na co prawie spadł z fotela.
- A to za co?! - Krzyknął. Widać, jeszcze nie skończyła się mu mutacja, bo dziewczyny obok nas zakryły uszy dłońmi.
-Za darmo. Nie martw się, nie musisz płacić.
Nie licząc tego, że pobiłam Chrisa podróż minęła w dość dobrej atmosferze. Dziwiłam się jedynie dlaczego nie ma z nami Chaza, Biebera i reszty. Caitlin dołączy do nas dopiero za miesiąc bo jest na jakimś czymś. Jak to nazwał Christian "Daj pan złotówkę na biedne dzieci z afryki". Kiedy wysiadłam z autobusu a kierowca wręczył mi i młodemu walizki skapnęłam się, że coś jest nie tak. Rozejrzałam się dookoła a widząc nieznane domy i zero ludzi w okół miałam ochotę kogoś zabić.
-Beadleeeeess kołku !!! Czy ty do cholery wiesz gdzie jesteśmy?
Chłopak wyjął z kieszeni ulotkę promującą obóz na który mieliśmy jechać i przeczytał:
-Obóz młodzieżowy w Roseville w Californii...Zapewniamy 24h....-Nie dokończył mówić bo jednym ruchem wyrwałam mu ją i wyrzuciłam za siebie.
-Pomyliliśmy autobusy! Nic dziwnego, że nie ma tu Biebera i reszty. -Zaczęłam krzyczeć szarpiąc go tym samym za ramiona a co najważniejsze oczekując od niego jakiejkolwiek pomocy.
- No. A w dodatku nie ma tu nawet zasięgu. Wylądowaliśmy w jakieś dziurze w...Altantic...Zginiemy! Wszyscy zginiemy!
-W czym? To w ogóle jest taka miejscowość?
-A bo ja wiem...Na tej tabliczce pisze Es-te Atlantic.
-St. Atlantic kołku. To ulica. -Przewróciłam teatralnie oczyma, po czym wyjęłam telefon z kieszeni i wychodząc na ulicę aby złapać zasięg dostałam kolejnego szoku.
Witamy w Roseville.
Zauważyłam napis widniejący jakieś kilkadziesiąt metrów ode mnie, po czym nie czekając chwili dłużej wzięłam swoją walizkę kierując się pod wskazany w ulotce adres.
-Idziesz, czy mam cię tutaj zostawić bejbee? -Powiedziałam przesłodzonym głosem do chłopaka i ruszyłam przed siebie szukając ulicy na której mieliśmy mieszkać.
-Co za zadupie. Nie ma nawet wi-fi -Beadles chodził w kółko z telefonem uniesionym do góry.
-Łaj-faj debilu. A teraz idziemy, jeżeli chcesz zdążyć na czas.
Kiedy doszliśmy już na miejsce myślałam że wyzionę ducha. Przechadzka z tym kimś to istna katorga. Co pięć minut słyszałam "Daleko jeszcze" " Ej...nogi mnie bolą" "Straciłem zasięg, teraz na pewno się zgubimy" '"GPS "mówi" że powinniśmy skręcić w lewo, hello ty mnie w ogóle słyszysz?!" Przechodząc przez bramę obozu rozejrzałam się dookoła i odetchnęłam z ulgą widząc iż większość osób wychodzi z autobusów. Miałam nadzieję, iż wtopię się w ten cały tłum i nie będę musiała tłumaczyć naszego zniknięcia.
Już po chwili usłyszałam jak pani Brown- nasza opiekunka sprawdza obecność. Nie czekając chwili dłużej złapałam Chrisa za nadgarstek i niczym uciekinierzy z psychiatryka pobiegliśmy w stronę grupy.
-Jones!
-Je-stem...-Powiedziałam z trudem łapiąc powietrze , po czym wypuściłam powietrze z płuc i podnosząc wzrok napotkałam karcące spojrzenie wychowawczyni.
-A gdzie to się było z panem Beadlesem, kiedy sprawdzałam obecność w autobusie?-Mówiła opanowanym głosem co trochę mnie zdziwiło.
-W kiblu...- Rzucił Beadles na co jedynie popchnęłam go na drzewo.
-To znaczy ja byłam w toalecie a ten tam to nie wiem. Zapomniał leków i teraz plecie trzy po trzy. Kompletny wariat. -Rzuciłam nieco ciszej i biorąc swój bagaż zabrałam kluczyk od domku kierując się następnie w jego stronę.
Cześć. Hm. Postanowiłam stworzyć coś w starym typie i mam nadzieję, że mi się to uda. O nowych rozdziałach informuję jedynie na twitterze: @DamaKidrauhl xx ♥
-Ymm. Nie. Przydałby się jeszcze czołg, aby wyprostować buźkę Bieberowi.-Rzuciłam z chytrym uśmieszkiem na co moja mama jedynie wzruszyła ramionami i dopinając walizkę zniosła ją na dół.
-Siemasz Jones. Jak tam upojna nocka z ubraniami? -Usłyszałam za swoimi plecami przytłumiony głos Beadles'a na co raptownie się odwróciłam wytrącając mu tym samym paczkę żelek z dłoni.
-Łosz ty....niegrzeczna jesteś. Lubię takie. A teraz zapierdalaj do Biedry po żelki. Kuźwa no. 2,50 poszło się je...
-Ej, ty, ty synek. Licz się ze słowami, bo nie ręczę za siebie. -Powiedziałam z irytacją, po czym podałam kierowcy swoją walizkę i bez słowa weszłam do autokaru. Już po chwili, poczułam jak ktoś siada obok mnie. No tak. Mogłam się spodziewać. Beadles. Czy on kiedyś daje za wygraną?
-Daj żelka.-Powiedziałam z miną zbitego psa, patrząc na paczkę nowych żelków, które jak podejrzewam dopiero kupił.
-Uderzyłaś się w coś? -Spytał, i popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- Masz nowe żelki to weź się kurde podziel, albo wypad na sam przód z debilami z podstawówki.
-Kto ci powiedział że są nowe?
- Skoro tamte ci wywaliłam, a masz teraz drugie, to chyba logiczne że...-Nie dokończyłam mówić bo Christian zaczął się przeraźliwie śmiać stawiając tym samym na nogi cały autobus.
-Ej laska, wyluzuj. Spadły na trawę, wiec podniosłem, podmuchałem i uznałem że są dobre c'nie? -Powiedział dumny z siebie, po czym poruszył zabawnie brwiami i zarzucił swoją grzywką.
-Ty weź może zostań w domu, bo ci coś te brwi dziwnie latają.-Rzuciłam z udawaną powagą, po czym odwróciłam się w stronę okna zastanawiając się, dlaczego nie ma z nami pana gwiazdki.
-Ej, Beadles...gdzie jest Bieber?
-Po nazwisku to po pysku Jones.- Rzucił wpatrując się w wyświetlacz telefonu, po czym jedynie wzruszył ramionami. Tego było już za wiele. Uderzyłam go w policzek na co prawie spadł z fotela.
- A to za co?! - Krzyknął. Widać, jeszcze nie skończyła się mu mutacja, bo dziewczyny obok nas zakryły uszy dłońmi.
-Za darmo. Nie martw się, nie musisz płacić.
Nie licząc tego, że pobiłam Chrisa podróż minęła w dość dobrej atmosferze. Dziwiłam się jedynie dlaczego nie ma z nami Chaza, Biebera i reszty. Caitlin dołączy do nas dopiero za miesiąc bo jest na jakimś czymś. Jak to nazwał Christian "Daj pan złotówkę na biedne dzieci z afryki". Kiedy wysiadłam z autobusu a kierowca wręczył mi i młodemu walizki skapnęłam się, że coś jest nie tak. Rozejrzałam się dookoła a widząc nieznane domy i zero ludzi w okół miałam ochotę kogoś zabić.
-Beadleeeeess kołku !!! Czy ty do cholery wiesz gdzie jesteśmy?
Chłopak wyjął z kieszeni ulotkę promującą obóz na który mieliśmy jechać i przeczytał:
-Obóz młodzieżowy w Roseville w Californii...Zapewniamy 24h....-Nie dokończył mówić bo jednym ruchem wyrwałam mu ją i wyrzuciłam za siebie.
-Pomyliliśmy autobusy! Nic dziwnego, że nie ma tu Biebera i reszty. -Zaczęłam krzyczeć szarpiąc go tym samym za ramiona a co najważniejsze oczekując od niego jakiejkolwiek pomocy.
- No. A w dodatku nie ma tu nawet zasięgu. Wylądowaliśmy w jakieś dziurze w...Altantic...Zginiemy! Wszyscy zginiemy!
-W czym? To w ogóle jest taka miejscowość?
-A bo ja wiem...Na tej tabliczce pisze Es-te Atlantic.
-St. Atlantic kołku. To ulica. -Przewróciłam teatralnie oczyma, po czym wyjęłam telefon z kieszeni i wychodząc na ulicę aby złapać zasięg dostałam kolejnego szoku.
Witamy w Roseville.
Zauważyłam napis widniejący jakieś kilkadziesiąt metrów ode mnie, po czym nie czekając chwili dłużej wzięłam swoją walizkę kierując się pod wskazany w ulotce adres.
-Idziesz, czy mam cię tutaj zostawić bejbee? -Powiedziałam przesłodzonym głosem do chłopaka i ruszyłam przed siebie szukając ulicy na której mieliśmy mieszkać.
-Co za zadupie. Nie ma nawet wi-fi -Beadles chodził w kółko z telefonem uniesionym do góry.
-Łaj-faj debilu. A teraz idziemy, jeżeli chcesz zdążyć na czas.
Kiedy doszliśmy już na miejsce myślałam że wyzionę ducha. Przechadzka z tym kimś to istna katorga. Co pięć minut słyszałam "Daleko jeszcze" " Ej...nogi mnie bolą" "Straciłem zasięg, teraz na pewno się zgubimy" '"GPS "mówi" że powinniśmy skręcić w lewo, hello ty mnie w ogóle słyszysz?!" Przechodząc przez bramę obozu rozejrzałam się dookoła i odetchnęłam z ulgą widząc iż większość osób wychodzi z autobusów. Miałam nadzieję, iż wtopię się w ten cały tłum i nie będę musiała tłumaczyć naszego zniknięcia.
Już po chwili usłyszałam jak pani Brown- nasza opiekunka sprawdza obecność. Nie czekając chwili dłużej złapałam Chrisa za nadgarstek i niczym uciekinierzy z psychiatryka pobiegliśmy w stronę grupy.
-Jones!
-Je-stem...-Powiedziałam z trudem łapiąc powietrze , po czym wypuściłam powietrze z płuc i podnosząc wzrok napotkałam karcące spojrzenie wychowawczyni.
-A gdzie to się było z panem Beadlesem, kiedy sprawdzałam obecność w autobusie?-Mówiła opanowanym głosem co trochę mnie zdziwiło.
-W kiblu...- Rzucił Beadles na co jedynie popchnęłam go na drzewo.
-To znaczy ja byłam w toalecie a ten tam to nie wiem. Zapomniał leków i teraz plecie trzy po trzy. Kompletny wariat. -Rzuciłam nieco ciszej i biorąc swój bagaż zabrałam kluczyk od domku kierując się następnie w jego stronę.
Cześć. Hm. Postanowiłam stworzyć coś w starym typie i mam nadzieję, że mi się to uda. O nowych rozdziałach informuję jedynie na twitterze: @DamaKidrauhl xx ♥
Subskrybuj:
Posty (Atom)